|

Kilkanaście dni temu obchodziłem swoje 26. urodziny. A to, moi drodzy, to już naprawdę nie są przelewki. 26-latka nikt nie nazwie młodym i dobrze rokującym. Nikt nie powie mu, że jak na swój wiek świetnie pisze. Coraz częściej autorzy najciekawszych płyt sezonu dziwnym trafem okazują się młodsi. Spójrzmy na tych, którzy rządzili i dzielili w mijającym roku. James Blake – 23 lata, Jamie XX – 23 lata, Tyler, The Creator – 20 lat. Niby to nic, a jednak w głębi zazdrościsz gówniarzom.
Okres między 25 a 28 rokiem życia to czas powolnego włażenia z butami w szeroko pojętą dorosłość, to ten moment, w którym coraz częściej odwołujesz się do nostalgii i jak bohater „O północy w Paryżu” zaczynasz marudzić, że kiedyś było lepiej. No pewnie, że było. Dzisiejsi 16-latkowie powiedzą za 10 lat to samo. My tymczasem (przepraszam, ale na skutek drobnych obserwacji wśród zaprzyjaźnionych rówieśników pozwolę sobie mówić w liczbie mnogiej) przestajemy chodzić na modne imprezy, nie interesuje nas, czym różni się fidget house od bassline’u, coraz częściej spotykamy się na pieczołowicie przyrządzonych kolacjach w naszych wynajętych mieszkaniach i wzruszamy się na starych koncertach Pearl Jam. W ogóle jakoś częściej się wzruszamy. Cieszymy się na Openera, bo zagra tam ktoś, kogo kochaliśmy w podstawówce, a przy okazji będzie możliwość do napić się z dawno niewidzianymi znajomymi. Chęć bycia na czasie jest zastępowana przez kurczowe chwytanie się ostatnich chwil przebywania w dowolnej wspólnocie.
„Przerażające, kiedy widzę to na piśmie” – mówi moja przyjaciółka, której posłałem powyższe akapity do przeczytania. Jesteśmy niemal równolatkami, łączą nas zbliżone zawody i uzależnienie od wspomnień. Uzależnienie, które pozwala nam przeżyć nawet w sytuacjach na krawędzi między przepracowaniem a obłędem. Wracam z przerwy w pracy z bułką i Tigerem w garści, oczyma duszy widzę siebie siedzącego przez kolejne 10 godzin nad redakcją tekstów do macierzystej gazety, a tu na Facebooku kolejna prywatna wiadomość: „Dobra, dawaj po 5 najlepszych piosenek Guns N’ Roses, Madonny i Prince’a!”. No i rzucam robotę w kąt, poświęcając kolejną godzinę na oglądanie klipów i dywagacje, czy „Express Yourself” było lepsze od „Justify My Love”.
Sentymentalizm przygniata nas z wielu stron. Przeżycia pokoleniowe wracają niczym bumerang, z reguły jako cząstka szerszego poruszenia modowego. Kto pobabrze się w tym bajorku zbyt długo, temu grozi natychmiastowe popadnięcie w apatię. Siedząc w letargu wspomnień, coraz trudniej zauważa się to, co nowe i oryginalne. Zamiast tego wyczekujemy impulsów ze starego, wspaniałego świata, bo przecież sentymentalizm uwstecznia jak mało co.
A rzężę o tym dlatego, że – chyba mogę się do tego przyznać – mijający rok zapamiętam jako ten, w którym nieodwołalnie przekroczyłem pierwszą z wielu smug cienia. Gdzieś znikło codzienne penetrowanie blogów w poszukiwaniu atrakcyjnych świeżynek, o których świat nie ma jeszcze pojęcia. Głód nieznanego zastąpiło mieszczańskie wygrubaszanie się przy dobrach lubianych i sprawdzonych. Jeśli film, to „Drive”, niczym Proustowska magdalenka przypominający smak ejtisowych produkcji z kaset wideo, ładowanych tyleż hurtowo, co namiętnie w dobie wczesnośrodkowej podstawówki. Jeśli płyta, to... ha, obiecałem sobie szersze podsumowanie roku przy okazji następnego felietonu, ale wierzcie mi na słowo, że jednym z moich ulubionych krążków jest album, przy którym młodzi bohaterowie „Ogni świętego Elma” mogliby spokojnie zasypiać przytuleni na plaży.
Tymczasem trzej przywołani przeze mnie muzyczni herosi A.D. 2011 bezczelnie wypięli zadki w stronę nostalgików i podbili świat absolutnie niewymuszoną oryginalnością. James Blake, Jamie XX i Tyler, The Creator być może nie nagrali najlepszych krążków roku, ale udało im się coś, o czym marzy każdy muzyk: wypracowali swoje style, z których wielu zaczęło bezwstydnie zżynać. Nieźle jak na chłopaków, którzy ledwie kilka lat temu uczyli się golić bez zacinania. Przypomnijcie sobie, ilu młodych raperów usilnie stara się kopiować porażającą magmę rozdygotanych emocjonalnie tekstów Tylera? Ilu producentów przyrównano już do Jamesa Blake'a? Nie zdziwiłbym się, gdyby członkowie tego brytyjsko-amerykańskiego tria nie posiadali w domach zbyt wielu płyt. Oni raczej wolą zbierać pomysły na jeszcze nie nagrane perełki przyszłości.
Oczywiście pierwsza smuga cienia nie wygasza w przekraczających ją 25-latkach poczucia pasji i nieufności. Co prawda, nie mają już oni ochoty na codzienne wyszukiwanie nowych zespołów, ale wciąż patrzą podejrzliwie na kandydatów na gwiazdy, podsuwanych im przez media. Z drugiej strony, melancholijna zaduma i tak prędzej czy później wygra. We wrześniu byłem na kinowym pokazie dokumentu o Pearl Jam i przyrzekam, że tylu znajomych nie spotkałem w jednym miejscu od czasu zakończenia liceum. No i zgadnijcie, ile biletów zostało w kasach przed seansem?
|