Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
W imię Palacha i Lemmy’ego. 40 lat jugo punka
Waldemar Kuligowski
czwartek, 17 listopada 2016
 Kuligowski

Punk rock skończył 40 lat. Przeszedł w tym czasie transformację od anarchii do atrakcji turystycznej: King’s Road, gdzie się narodził, pełen jest dzisiaj sklepów z butami, twarz Johnny’ego Rottena, lidera Sex Pistols, szczerzy się z reklamy masła Country Life, a urząd miejski Londynu wspiera punkrockowe eventy. Pouczającym paradoksem jest fakt, że muzyka, która wyłoniła się jako radykalny ruch kontrkulturowy, w 2016 roku celebrowana jest przez Museum of London i British Library. God save the punk, chciałoby się powiedzieć…

O ile jednak historia brytyjskiego i amerykańskiego punka jest już detalicznie opisana i zamieniona w wielobranżowy salon nostalgii, o tyle przeszłość tego gatunku z innych miejsc Europy znana jest o wiele mniej. Chciałbym tutaj jako przykład potraktować Jugosławię. Stoją za tym dwie racje: po pierwsze, tamtejszy punk wzrastał właściwie rówieśniczo z zachodnim, po drugie natomiast, istniały liczne wzajemne kontakty jugosłowiańsko-polskie, które warto przypomnieć. Tym bardziej że sceny punkowe w obu krajach były zdecydowanie najbardziej prężne, patrząc na wschód od żelaznej kurtyny.

Nie ma lepszej policji

Kluczowym miastem dla opowieści o jugosłowiańskim punku jest Rijeka. Ważny adriatycki port z długą tradycją „miasta otwartego”, przyjmujący jednostki z całego świata i leżący blisko kapitalistycznego już Triestu. Dzięki przepływowi ludzi i idei Rijeka doskonale spełniała funkcję inkubatora nowych pomysłów. W 1966 roku koncertowała tam brytyjska grupa The Rockin’ Vickers, której gitarzystą był legendarny dziś Lemmy Kilmister. Młodzież miała łatwy dostęp do zachodnich pism muzycznych w rodzaju „The Face”, „New Musical Express” czy „Melody Maker”, śledząc na bieżąco muzyczne trendy.

W listopadzie 1968 roku powstał w Rijece Omladinski Kulturni Centar, nieprzypominający jednak podobnych ośrodków kultury młodzieżowej rozsianych po wszystkich krajach demokracji ludowej. Początkowo klub nazwano Index, ale już po roku zyskał nowego patrona: Jana Palacha. Grupa rijeckich studentów przywiozła ten pomysł z wycieczki do Czechosłowacji. Usłyszeli tam o Palachu, który dokonał samospalenia w akcie sprzeciwu wobec wkroczenia wojsk Układu Warszawskiego do jego kraju. Prowokacyjna decyzja studentów zyskała aprobatę władz, jakkolwiek komentatorzy przyznają, że podobny gest w stołecznym Belgradzie czy Zagrzebiu na pewno zostałby zakazany.

Warto dodać, że OKC Palach miał znamienitego poprzednika. Już w 1957 roku, na nieodległej od niego ulicy, powstał klub Huzar. Zajmował piwnicę w budynku należącym niegdyś, jak głosi miejska legenda, do loży masońskiej. Nie odbywały się tam koncerty, ale grano najświeższe przeboje z płyt winylowych, przywożonych przez marynarzy. Każdy ówczesny DJ musiał mieć opanowaną sztukę błyskawicznej zmiany odtwarzanego akurat singla – wspomina pracujący w sąsiednim atelier artysta Klas Grdić. Łatwiej pracowało się po wprowadzeniu drugiego adaptera. Pamiątkowa tablica w kształcie czarnego krążka dumnie głosi: „Tu był początek rocka i pierwszy disco club w Chorwacji, jeden z pierwszych w Europie”.

Wróćmy do OKC Palach. Imię patrona zdeterminowało program tego klubu. Szybko stał się on centrum rozwoju jugosłowiańskiego punk rocka. Jakkolwiek annaliści – będący jednocześnie fanami różnych zespołów – wskazują różne daty, to można przyjąć, że pierwszy koncert punkowy na Bałkanach miał miejsce w Rijece na przełomie 1976 i 1977 roku. Wykonawcą była grupa Paraf.

Założyła ją trójka znajomych (gitara, bas, bębny) – Valter Kocijančić, Zdravko Čabrijan i Dušan Ladavac. Początkowo występowali oni w rijeckich szkołach średnich, grając covery zachodnich zespołów, takich jak The Ramones. Renomę buntowników przyniosły jednak Parafowi oryginalne utwory. Choćby „Narodna pjesma” z ironicznym refrenem: „Nie ma lepszej od dobrej policji”. Słowa refrenu były poddane cenzurze, polegającej na usunięciu z wersji pierwotnej frazy „naszej policji”. Paraf proponował w swojej twórczości nowe wątki: subwersywne użycie politycznych sloganów, otwartą krytykę władzy i jej ideologii, a także szyderstwo z popularnych gwiazd (zwłaszcza supergrupy Bijelo Dugme z Goranem Bregoviciem). Zespół po raz pierwszy otwarcie śpiewał także o Golim Otoku, założonym w 1948 roku tajnym jugosłowiańskim obozie karnym dla tak zwanych przestępców politycznych. Temat był tak kontrowersyjny, że ten utwór nigdy nie został nagrany, wykonywano go jedynie na koncertach.


Jakkolwiek federacyjna Jugosławia jawiła się, w porównaniu z innymi krajami bloku wschodniego, jako państwo liberalne, to artystyczne prowokacje wymagały prawdziwej odwagi. Gdy w 1968 roku grupa anonimowych artystów pomalowała na krwistoczerwony kolor posadzkę dziedzińca pałacu Dioklecjana w Splicie, porównanie władzy Tity z władzą cezara wywołało ostrą reakcję. W wyniku prasowej nagonki i śledztwa, samobójstwo popełnił jeden z autorów tej akcji. Inaczej ukąsiła rządy Tity chorwacka artystka Sanja Iveković. W 1979 roku, podczas oficjalnego przejazdu wodza z małżonką ulicami Zagrzebia, wyciągnęła się na leżaku na balkonie prywatnego mieszkania. Ignorując uliczną paradę, czytała książkę i popijała whisky, wykonując przy tym ruchy sugerujące masturbację. Po kilkunastu minutach, namierzona przez agentów służb specjalnych, została zmuszona do opuszczenia balkonu. Przypomnę, performans Iveković odbył się w 1979 roku. W tym samym czasie członkowie Paraf drwili z policji i śpiewali o białych plamach jugosłowiańskiej historii.

Stonesi z agrafką

Paraf dał początek całej fali punkowych zespołów. Termiti zasłynęli dzięki charyzmatycznemu liderowi Kraljowi, który dokonywał scenicznych aktów samookaleczania żyletką. Podczas koncertu z Parafem w 1979 roku ten sam Krajl wystąpił z muszlą klozetową na głowie. Wymowne są nazwy innych kapel: Kurvini sinovi, Protest, Blank Generation, Zadnji (Ostatni).

O OKC Palach pisano jako o jugosłowiańskiej „odpowiedzi na CBGB”, odwołując się do legendy nowojorskiego klubu muzycznego, którego rezydentami byli pomnikowi dla punku The Ramones, Patti Smith czy Iggy Pop. Było w tym wiele przesady, ale ujawniało ambicje i ideały rijeckich studentów. Oczywiście Rijeka nie była jedynym jugosłowiańskim miastem, gdzie w drugiej połowie lat 70. powstawały zespoły grające punka. Osobnym zjawiskiem była choćby grupa Pankrti (Bękarty). Założyło ją jesienią 1977 roku w Lubljanie dwóch kumpli: Peter Lovšin i Gregor Tomc. Tak samo jak Paraf zaczynali od coverów, ale już rok później wydali własny singiel. „Pankrti to jedna z najgłośniejszych muzycznych bomb, jaka spadła na scenę rockową” – entuzjazmował się recenzent Andrej Šifrerja. „Anarchista”, „Towarzyszu, ja wam nie wierzę” czy punkowa wersja komunistycznego hymnu „Bandera Rossa” stały się znakami rozpoznawczymi politycznego zaangażowania zespołu. Co więcej, Pankrti jako pierwsi śpiewali po słoweńsku, co było znamiennym wyrazem dezaprobaty wobec dominującego w federacji języka serbsko-chorwackiego.


W 1979 roku ukazał się debiutancki album innego punkowego bandu, zagrzebskiego Prljavo kazalište (Śmierdzący teatr). Wzorujący się na The Rolling Stones muzycy na swoje logo wybrali słynny motyw wytkniętego języka, o tyle jednak różniący się od oryginału, że usta przebite były agrafką. Prljavo kazalište słynęli z radykalnego image’u i krytyki monopartyjnego systemu Jugosławii. W utworze „Nekidječaci” podjęli wypchnięty poza dyskurs publiczny temat bycia gejem. Z początkiem kolejnej dekady grupa eksperymentowała z graniem nowofalowym, stając się elementem zjawiska znanego później jako novival/novitalas, czyli nowa fala. W nowym duchu estetycznym powstały tak dobre kapele, jak Idoli, Šarlo Akrobata, Električni Orgazam czy Haustor. To jednak rozdział innej opowieści.

Czołgi i krokodyle

Informacje o punkowej rewolcie w państwie Tity docierały do Polski dwoma kanałami. Pierwszym z nich był kolorowy magazyn poświęcony muzyce rockowej o nazwie „Dżuboks”. Porównanie go z czarno-białymi i drukowanymi na fatalnym papierze „Jazzem” oraz „Non Stopem” mogłoby się stać metaforą ówczesnej różnicy dzielącej dwa państwa. Drugim kanałem były kontakty, jakie utrzymywały między sobą jugosłowiańskie i polskie kluby studenckie. Właśnie dzięki pośrednictwu warszawskiego klubu Remont do Belgradu trafia Brygada Kryzys. Dała koncert w kultowym miejscu tamtejszych środowisk alternatywnych, jakim był Studentski Kulturni Centar. Przyjęci entuzjastycznie muzycy Brygady Kryzys zostali następnie zaproszeni do prywatnego studia nagraniowego Enco Lesicia „Druga maca” (Drugi Kocór), które zajmowało się wtedy miejscową nową falą. Zarejestrowali tam kilka piosenek, niestety zaginęły one w jakichś archiwach. Czas był zresztą mało sprzyjający punkom i wolnościowcom –belgradzki występ Brygady Kryzys odbył się w listopadzie 1981 roku, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego.

To znamienne, że narodziny „Solidarności”, a potem zdławienie tego ruchu były wydarzeniami nie tylko obserwowanymi przez jugosłowiańskich punków, ale także stawały się inspiracjami dla ich twórczości. Zagrzebski zespół Azra – który w 1978 roku koncertował razem z Parafem – nagrał w związku z tym dwa utwory. Najpierw „Poljska u momesrcu” (Polska w moim sercu) z optymistyczną jeszcze frazą: „Gdańsk 1980, zawrzały fabryki / Dwa razy nie wysyła się czołgów na robotników / Czołgów na robotników, czołgów na nas”. Rok później natomiast „Proljeće je 13. u decembru” (Wiosna jest 13 grudnia), śpiewając w nim o „wiośnie, która stoi na barykadzie z podniesioną ręką”. Niemal w tym samym czasie, gdy Brygada Kryzys triumfowała w Belgradzie, warszawską publiczność Remontu szokował Električni Orgazam. Jak złowieszcza przepowiednia zabrzmiały słowa zagranego wtedy na bis utworu „Krokodili dolaze” (Krokodyle nadchodzą): „Kim są i czego chcą / czemu zabierają mi wolność? Nie chcę być sam / kiedy nadchodzą krokodyle”. Zapis koncertu Električnego Orgazamu – nagranego ponoć na zwykłym magnetofonie! – został potem wydany w Jugosławii na płycie zatytułowanej „Warszawa ’81”.



Ważny epizod opisywanych tutaj kontaktów wiąże się z bydgoską grupą Abaddon. Po debiucie na festiwalu w Jarocinie, w 1985 roku zespół trafił – dzięki pomocy dziennikarza „Mladiny”, słoweńskiego tygodnika opozycyjnego wobec politycznemu mainstreamu – na koncerty do Zagrzebia, Belgradu, Lublany i nadmorskiej Izoli. Występował tam między innymi ze wspomnianym już bandem Pankrti. Za honoraria muzycy wynajęli lublańskie studio Borut Cine, rejestrując materiał na płytę „Wet za wet”. Ostatecznie wydana została przez francuskie wydawnictwo New Wave Records w 1986 roku, a w Polsce dopiero w 1991 roku.

Palach i Lemmy

Jak wspomniałem, jugosłowiańskie i polskie środowiska punkowe na przełomie lat 70. i 80. należały do najaktywniejszych w Europie na wschód od Łaby. Porównywanie ich potencjału jest jednak chybione, ponieważ w federacji pozwalano muzycznym opozycjonistom publikować płyty w państwowych firmach, co w Polsce zdarzało się incydentalnie. Dzięki zagrzebskiemu Jugotonowi, PGP RTB z Belgradu i sarajewskiemu Diskotonowi muzyczny rynek Jugosławii był największy w całym regionie. Nie ma zatem żadnego powodu, by historię punka redukować do powtarzalnych, brytyjskich i amerykańskich, klisz.

Na koniec warto za to zapytać, co stało się z przywołanymi tutaj zespołami później, po apogeum muzycznej rewolucji? Rijecki Paraf przestał istnieć w 1986 roku, dwóch jego członków zajęło się biznesem turystycznym na wyspie Krk. Zespół incydentalnie reaktywuje się z okazji rocznic istnienia albo dla wzięcia udziału w specjalnych nagraniach. Tak było choćby w 1995 roku, gdy powstawała płyta live z tytułem nawiązującym zarówno do opisywanego wcześniej klubu, jak i emblematycznego hasła punkowej subkultury: „Palach is not dead”. Zaledwie rok później rozpadła się grupa Pankrti. Jak muzycy Parafu, wznawia działalność rocznicowo bądź żeby supportować Sex Pistols na wspólnym koncercie w 1996 roku. Bilety na tego rodzaju wydarzenia w obu wypadkach sprzedają się błyskawicznie.

Wspomnieć trzeba jeszcze o Električnim Orgazamie. Początkowo muzycy tej kapeli dzielili doświadczenia z wyżej opisanymi: zespół przestaje istnieć i każdy zajmuje się czym innym. Wojna domowa w Jugosławii mobilizuje ich jednak do wznowienia działalności. W 1991 roku wydają album pod znamiennym tytułem „Seks, droga, nasilje i strach” (Seks, narkotyki, przemoc i strach). Rok później, wraz z innymi muzykami, pod szyldem Rimtutituki (anagram wyrażenia znaczącego tyle, co „Ch… ci w dupę”) organizują nielegalne koncerty, nagrywają antywojennego singla, stając się wrogami publicznymi państwa Miloševicia. W 2013 roku na polski rynek trafia podwójny album Električnego Orgazamu. Zawiera reedycję płyty „Warszawa ’81” oraz zapis nowego koncertu z Warszawy z tego samego roku.

A co dzieje się z OKC Palach? Przy wejściu do jego wnętrza są dzisiaj dwie podobizny. Po prawej Jan Palach, na marmurowej płycie ufundowanej w 2008 roku z okazji 40-lecia istnienia klubu. Po lewej z kolei wysprejowana na czarno charakterystyczna twarz lidera Motörhead z lapidarną klepsydrą „Lemmy 1945–2015”. Siedziba klubu przylega do słynnego rijeckiego Korzo, odwiedzanego przez tysiące turystów. Do pokrytego setkami graffiti zaułka nikt jednak nie zagląda. Drzwi do klubu wzmacnia krata, w oknach jest ciemno. Do środka prowadzi mnie dopiero właściciel nieodległego sklepu płytowego. Na pytanie o płyty dawnych jugosłowiańskich zespołów punkowych rozkłada ręce. Podobnie reaguje w kwestii klubu. Od maja tego roku jest on zamknięty. Nie można znaleźć najemcy, który chciałby pod jednym dachem prowadzić bar z alkoholem i salę koncertową na dwieście osób. Jugo punk nie przekształcił się w atrakcję turystyczną. Tak samo zresztą jak polski. Przynajmniej na razie.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×