Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
Kownacka. Ta od Plastusia
Olga Szmidt
poniedziałek, 21 listopada 2016
 Literatura

Nadciąga zima przełomu 1928 i 1929 roku, jak się okaże – najzimniejsza w historii Polski. „Zima stulecia”. Już w czerwcu 1928 roku spadł śnieg. W lutym 1929 temperatura dojdzie do minus czterdziestu stopni, w samej Warszawie będzie lepiej, ale wszyscy modlą się o lżejszą kolejną zimę. Tymczasem w listopadzie Maria Kownacka, lat trzydzieści cztery, niezamężna i bezdzietna, pracownica Ministerstwa Reform Rolnych, przenosi się na Żoliborz. Zapamięta to na zawsze. Wsiada do tramwaju numer 15 w kierunku Żoliborza. Pada śnieg, ciężki i gęsty. Okna tramwaju parują, a z zewnątrz obkleja je śnieg. Maria przeciera co chwilę szybkę, próbując zapamiętać całą drogę. Plac Teatralny. Powoli zaczyna wierzyć, że tak naprawdę już nie będzie musiała nigdy wracać. Przypomina sobie zimę, kiedy miała trzy lata i dzieciaki zabrały ją opatuloną na wycieczkę. Pamięta las z cukru i ten błysk śniegu. Uśmiecha się do siebie, już Szymanowska. Wiele sobie obiecuje po tej przeprowadzce. Tyle się naczytała o robotniczej dzielnicy, o Toeplitzu, o życiu na nowych zasadach, o spółdzielczości. Krajewskiego. Boi się, że wszystko znowu runie, jak tyle razy już runęło. Że Leszek i ta cała historia nigdy jej nie opuszczą. Chociaż teraz już jest lepiej, po co histeryzuje. Zajączka. Im dalej jedzie w Żoliborz, tym więcej widzi drzew. Teraz już część białych, ale wyobraża sobie, jak tu będzie wiosną. Jak wszystko zakwitnie, jak wszystko będzie śpiewać – to będzie jej nowy raj. Na pewno. Mierosławskiego. Z tramwaju błota nie widać, zresztą co tam błoto. Jedną z ulic dojeżdża się do głównego placu, niedawno przemianowanego na plac Wilsona. Szerokie ulice, głęboki oddech, jeszcze jeden głęboki oddech. Felińskiego, to już zaraz. Wysiada.

Zostanie na Żoliborzu pięćdziesiąt trzy lata, do końca życia. Na początek wprowadza się do domu, w którym jej koleżanka Maria mieszka z mężem – Władysławem Skłodowskim, bratankiem Marii Skłodowskiej‑Curie, oraz ich niedawno narodzonym synem Jackiem. Kownacka zostaje jego matką chrzestną, bardzo bliską i oddaną. Uczestniczy w jego wychowaniu, od początku uważając go za „niezwykłe dziecko”. Ich relacja rozwija się przez lata dorastania Jacka i poważniejszej kariery pisarskiej Marii.

Maria wyczekuje własnego mieszkania. Przyjdzie jej poczekać jeszcze trzy lata, ale jest na to gotowa. Warunki i współlokatorzy nie są uciążliwi, Jacek daje jej wiele radości, więc perspektywa nie wydaje się odległa. Bo w to, że mieszkanie w końcu dostanie, nie wątpi. Pewność i wiara w spółdzielczość na Żoliborzu nie będzie Marii nigdy opuszczać. Szybko się tu zadomawia, jeszcze szybciej nabiera wiatru w żagle. Było tylko kwestią czasu, kiedy drogi jej i Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci się przetną. Przystępuje do Towarzystwa bardzo szybko, zaraz potem zainteresuje się jego początkującym teatrem.

[…]

W 1919 roku powstaje Robotniczy Wydział Wychowania Dziecka i Opieki nad Nim, kilka lat później przemianowany na Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Organizacja, utworzona przy Polskiej Partii Socjalistycznej, od początku rozwija działalność w rożnych częściach kraju. Proponuje ustawy, staje w obronie interesów dzieci i ich matek, „w imię prawa dziecka do życia i zdrowia domaga się likwidacji klęski mieszkaniowej w Polsce”, domaga się też respektowania praw dziecka i realnej pomocy dla uczniów ze wsi. Walczy o przywrócenie „nieistniejącej w praktyce powszechności nauczania, umożliwienia wszystkim dzieciom bez różnicy płci, wyznania i narodowości ukończenia wysoko zorganizowanej szkoły powszechnej, w której językiem nauczania jest język ojczysty dziecka”. Pomaga. Angażuje. Ponosi także porażki. Nie przerywa jednak swojej działalności i z roku na rok pod opieką ma coraz większą liczbę dzieci. W 1928 roku jest ich już ponad siedem i pół tysiąca. RTPD rozwija też w tamtym czasie inne formy wspierania rozwoju dzieci – prowadzi świetlice, zespoły muzyczne, biblioteki i kluby. Tworzy domy dziecka, wychowujące w socjalistycznym duchu, w tym słynny Dom w Helenowie pod Aninem w 1922 roku. Założyli go Kazimierz i Bronisława Dłuscy. Siostra Bronisławy, Maria Skłodowska‑Curie, wielokrotnie odwiedzała placówkę. Proszona o zakup fortepianu, przekazała jednak dwie krowy, mówiąc: „jestem realistką, dzieciom potrzebne mleko”.

Kiedy na Żoliborzu zaczynają mieszkać pierwsi członkowie WSM, tamtejszy oddział Towarzystwa ma pełne ręce roboty. Oficjalnie zaczynają pracę już w 1929 roku. Tutaj najpełniej pokażą swoje możliwości, najistotniej przyczynią się do zmiany przyzwyczajeń dotyczących wychowania i postrzegania dzieci. Rozwijają się wraz z kolejnymi koloniami WSM, uruchamiają kolejno:

 „poradnię pediatryczną „Zdrowie Dziecka” i „Poradnię Wychowawczą”, a poza tym […] przedszkole, szkołę powszechną i gimnazjum bez nauczania religii […]. Oddział żoliborski prowadził również szereg placówek uzupełniających: kuchnię mleczną, poradnię dentystyczną, świetlicę, zespoły artystyczne (rytmikę, śpiew, orkiestra perkusyjna, kursy muzyczne z wypożyczalnią nut), bibliotekę dziecięcą z czytelnią […]”. [Maria Kuzańska‑Obrączkowa, „Koncepcje wychowawcze Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci 1919–1939”]

Maria, widząc to wszystko w pierwszym roku swojego mieszkania na Żoliborzu, czasami przypomina sobie Krzywdę. Tę szkołę, o którą każdego dnia trzeba było walczyć. Znajome i nieznajome oczy, które patrzyły na nią jak na bolszewicką wariatkę. Przepaść, która powstała między nią a jej rodziną. Małe sukcesy w nauce. Klepisko w sali, gdzie uczyła. Bose dzieci. Brak troski. Brak zrozumienia. Wieczną szarpaninę. I samotność w tym wszystkim.

„Wyzwolona z reakcyjnych represji środowiska, w jakim się dotąd musiałam obracać, zawsze zbuntowana i niepodległa, teraz otoczona młodymi zapaleńcami o postępowym światopoglądzie – rzucam się z całym rozmachem w wir pracy społecznej” – napisze.

Niedługo po przeprowadzce na Żoliborz zaczyna współpracę z teatrem, który jeszcze nie ma oficjalnej nazwy. Działa dopiero rok, powstał podobnie jak pierwsze utworki Marii – na usilne prośby dzieci.


Powyższy fragment pochodzi z książki Olgi Szmidt, „Kownacka. Ta od Plastusia”, która ukazała się 16 listopada nakładem wydawnictwa Czarne
eCzasKultury.pl patronuje wydaniu

fot. Izba Pamięci Marii Kownackiej w Warszawie

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×