Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
Serce z bombonierki
Piotr Dobrowolski
poniedziałek, 16 czerwca 2014
 Literatura

„Sońka”, szósta powieść Ignacego Karpowicza, zabiera czytelnika w podróż na pograniczu jawy i snu, teraźniejszości i historii, możliwej prawdy i artystycznej kreacji. Jej autor wraca do krainy dzieciństwa, na białostocką wieś, w okolicę miejscowości Słuczanka, gdzie spędził pierwsze lata życia. Tam, w jednej z czterech chat (z których dwie są już opuszczone) przysiółka Królewskie Stojło – do którego, choć łatwo znaleźć go na mapach Google, dojechać trudno – mieszka tytułowa bohaterka jego opowieści. Karpowicz przyznaje, że do pracy zainspirowała go informacja zasłyszana przed laty od wuja, Leona Tarasewicza. Miał on wspomnieć o kobiecie, której sąsiedzi przez dziesięciolecia pamiętali i powtarzali swoim dzieciom i wnukom, że w czasie wojny miała ona romans z niemieckim żołnierzem. Karpowicz, już jako autor wzięty, doceniany i wspierany stypendium ministra kultury, właśnie tę opowieść – mówiącą o tragedii niespełnienia, bólu i latach pokuty – uczynił centralnym punktem swojej książki.

Zaniepokojeni wielbiciele (a zwłaszcza wielbicielki) jego stylu mogą być jednak spokojni – autor „Balladyn i romansów” nie stał się dokumentalistą. I nawet jeśli po części rekonstruował własne wspomnienia, a po części podążał za opowieściami innych, pozostał mistrzem kwiecistej i metaforycznej kreacji. Stworzył tekst, który nadal – choć już nie w tak irytujący niektórych sposób, jak w poprzedzających go „Ościach” – sprawiać może wrażenie nieco nadmiernie zdobnego i przeładowanego językową „literackością”. Nie chcę rozsądzać, czy jest to efektem nieustającego zachłyśnięcia się pisarza pięknem mowy ojczystej, czy jego miłości własnej. Nie jest to potrzebne, bo charakterystyczna dla Karpowicza – ale i tak, jak na niego, stonowana – eksplozja stylizacji w „Sońce” znajduje uzasadnienie, o które wcześniej było trudno. Książka zawdzięcza je konstrukcji opartej na zmiennych punktach widzenia i prowadzenia narracji, która płynnie przechodzi pomiędzy różnymi stopniami zapośredniczenia, nie będąc w zasadzie opowieścią pierwszoosobową, podawaną wprost. Często jednak taką naśladuje, podszywając się pod historię opowiadaną przez Sonię, podczas gdy jej rzeczywistym autorem jest przypadkowy gość w jej świecie.

Igor Grycowski to młody reżyser, przez niektórych nazywany „najgłośniejszym i najzdolniejszym”, przez innych „najbardziej pretensjonalnym i pozbawionym wyczucia sceny” twórcą teatralnym swojego pokolenia. Opisy te sugerują, że jest swoistym alter ego Karpowicza. Tym bardziej że – jak on – urodził się niedaleko wschodniej granicy i choć wyjechał, wraz z każdą wizytą u dziadków powracał do krainy dzieciństwa, w której mówiło się swoistym, polsko-białoruskim narzeczem. Kiedy maski opadają, okazuje się, że ochrzczony został imieniem Ignacy, które zmienił, ulegając warszawskiej modzie. Na wschód wrócił, poszukując inspiracji, która pomogłaby mu przełamać artystyczną niemoc, kiedy filozofia, pornografia ani narkotyki nie przyniosły ratunku. Niecierpliwy i nerwowy, podróżuje zamknięty w luksusowym samochodzie. Dopiero kiedy mało prawdopodobnym zbiegiem okoliczności (nowy mercedes klasy S psuje się) zmuszony jest do opuszczenia klimatyzowanego wnętrza, zdaje sobie sprawę, że tylko prawda życia może poprowadzić go do odnalezienia prawdy w sztuce. Pierwszy tego sygnał odbiera, patrząc na twarz napotkanej staruszki: „[…] twarz Soni bowiem to jest twarz naprawdę, takich twarzy życie już nie lepi, takich twarzy się nie widuje. Bo twarz Soni zstąpiła z ikony: brązowa, czerstwa, popękana, bez znaczenia i kłamstwa […]”.

Odtąd wszystko, co Igor zobaczy i słyszy, opisywane będzie przez pryzmat rodzącego się w jego świadomości spektaklu. Jest to czytelne już od pierwszych scen powieści, kiedy korzysta z zaproszenia na mleko: „przekraczając bramkę, wkraczając w domenę Soni, Igor uzbroił się w magiczną różdżkę […]. I machnął różdżką: słońce zgasło, na widowni ucichły szmery, zaraz premiera, punktowy reflektor wydobywa z mroku zgarbioną postać. – Dawno, dawno temu – mówi Sonia, a zgromadzeni poddają się jej głosowi […]”. Głos ten opowie o dziewczynie, dla której pierwszym spotkaniem z cywilizacją będzie przejazd niemieckich wojsk, a jedna wymiana spojrzeń z żołnierzem, niczym w szekspirowskiej opowieści o Mirandzie z „Burzy”, zaowocuje wielką miłością. Radość i nienawiść, nadzieja i strata – zmienne były losy Soni, ale zdecydowaną przewagę nad szczęściem miał w nich ból. Słodko-gorzka – ale głównie gorzka – historia wciąga i wzrusza, choć od początku nie ma szansy na pozytywne rozwiązanie.

Naturalna prostota głównej postaci niewątpliwie przyczyni się do spodziewanego sukcesu – zarówno spektaklu Grycowskiego, jak i prozy Karpowicza. Publiczność i czytelnicy lubią osadzone w znajomych realiach własnego sąsiedztwa opowieści przełamywane nutką niesamowitości. Książka spełni ich oczekiwania: ukazuje to, co pozornie bliskie i znane (w sensie geograficznym i historycznym) w nowej perspektywie, warunkowanej punktem widzenia bohaterki i adaptatora jej historii. Są w niej mgliste sygnały tragicznych wydarzeń czasów II wojny światowej, realia miejsc, które mogłyby znajdować się tuż za zagrodami także naszych dziadków i język – niby polski, ale i obcy równocześnie – z licznymi białoruskimi wtrąceniami; sugerujący magię kresów. W warstwie fabularnej pojawia się zarówno okazja do współczucia boleśnie doświadczanej półsierocie, której życie nigdy nie było usłane różami, słodycz fenomenu rodzącej się miłości i smutek tragedii, do której musiała ona doprowadzić. W nadrzędnym planie zobrazowane zostało także spotkanie miasta i wsi, światów wypierających się siebie nawzajem, a bliższych, niż gotowi są przyznać sami ich mieszkańcy.

Od zakończenia wojny – która przyniosła i zabrała Sońce wszystko, co kiedykolwiek kochała – jedyni wierni jej towarzysze to kot i pies. W jej świecie (w scenariuszu Igora, a może tylko w powieściowej narracji?) zabierają one głos, dopełniając opowieść poetyckimi monologami. Potwierdzają, że siwowłosa, bezzębna i kulejąca dziś starowinka przez całe życie doświadczyła jedynie pojedynczych chwil prawdziwej radości, miłości i nadziei. A jednak czekała na swojego Księcia; nie marząc już o porywach serca, a o kimś, kto zwyczajnie jej wysłucha, komu będzie mogła opowiedzieć o minionych chwilach, uniesieniach i klęskach; kto przyjmie ją i jej wspomnienia bez osądzania i wyciągania pochopnych wniosków. Taką osobą okazuje się Igor, który najpierw częstowany jest czekoladką, a potem opowieścią: „Sonia zdarła folię z serca, by serce otworzyć, najpierw to czerwone ze złotym napisem i czekoladkami, a później to suche jak żołądź i nieme jak łabędź, spomiędzy żeber i bez podpisu twórców”. Los, który umożliwił spotkanie tych samotnych, nieco zagubionych ludzi, wreszcie okazał się łaskawy dla nich obojga. Wieczór i jedna noc, podczas których toczy się opowieść Sońki, to dla niej szansa na ostatni, pożegnalny powrót do przeszłości, a dla młodego mężczyzny – możliwość odnalezienia samego siebie pod przykrywką pozorów, za którymi chował się w „wielkim świecie”.

„Sońka” jest relacją o życiu na końcu świata, w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi, w trudnych czasach, które nie oszczędzały nikogo. W przededniu katastrofy, latem 1939 roku, świat dawał nadzieję na obfitość i szczęście: „Tamtego sierpnie słońce prawie nie zachodziło, rzeka prawie nie płynęła, więcej w niej było ryb i raków, niźli wody. Pszczoły wracały na łapkach do uli, po piachu i trawie, objuczone pyłkiem tak, że nijak wzlecieć nie potrafiły. Kury znosiły kopy jaj, a każde z dwoma żółtkami i pisklakiem. Żarna chodziły gładko i lekko, tłuste od gorąca. Żyto i kartofle w trzy dni fermentowały, a upijały w kwadrans”. Później wszystko się zmieniło, aby nigdy już nie być takim samym jak wcześniej. Karpowicz napisał klimatyczną, momentami poetycką opowieść o tej zmianie, widzianej z perspektywy Soni i – jak jej los – przesyconą tragicznością. Dominują w niej momenty dotkliwego bólu, choć dzięki malowniczym obrazom natury w lekturze pojawia się też nadzieja. Nie dajmy się zwieść: ziemia rodzi najobficiej w miejscach, w których wypiła najwięcej krwi.


Ignacy Karpowicz, „Sońka”
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2014


fot. Ignacy Karpowicz, Wydawnictwo Literackie

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×